Dziś na tapecie, a właściwie na powiekach – nowość z półki premium: paleta Lancôme Café Crush. Inspirowana paryskimi kawiarniami, opakowana w stylowy, instagramowy design, przyciąga wzrok już od pierwszego spojrzenia. Ale czy to wystarczy, by zagościła na stałe w mojej kosmetyczce? Sprawdziłam ją dokładnie – od porannego makijażu po wieczorne wyjścia i czas na szczerą opinię. Zdjęcia, swatche i efekty znajdziecie niżej, ale teraz – do rzeczy.

Lancôme Café Crush
Kiedy marka Lancôme zapowiedziała swoją nowość trochę zaparło mi dech. Opakowanie, jak i kolory w środku wyglądały zachwycająco – bezpiecznie, naturalnie, tak jak lubię. Przemawiał do mnie design (szczególnie tłoczenie!), odcienie i całkiem ładny dobór kolorów. Trafili w mój gust, a zapowiedzi były przygotowane naprawdę zacnie.
Próbowałam samą siebie przekonać, że nie potrzebuję kolejnej palety, ale cóż… Serce wygrało! Tym oto sposobem, mój portfel uszczuplił się o jakieś 300 zł, a paleta Lancôme Café Crush znalazła się w moich rękach. Czy to była dobra inwestycja? No… Niekoniecznie.

Kolorystyka: bez pazura
W palecie Lancôme Café Crush znajdziemy 12 cieni – dominują ciepłe, kawowe odcienie: delikatne beże, mleczne brązy, ciemna czekolada, karmel, złoto i bordo, które zapewne miało robić efekt WOW… ale nie robi. Niestety paleta na żywo rozczarowuje. Zaraz po otwarciu palety widać, że odcienie są dość nijakie.
Kolory są bezpieczne, codzienne i uniwersalne, co może być plusem dla fanek minimalistycznego, soft glam looku. Czyli teoretycznie dla mnie też. Ale jeżeli liczyłyście na coś bardziej wyrazistego, intensywnego, z błyskiem jak tafla – tu się rozczarujecie.
Pigmentacja: ładna, ale przestarzała
Cienie ładnie się rozkładają na powiece, dobrze się blendują, nie robią plam ani nie osypują przesadnie – i to trzeba Lancôme oddać. Pracuje się z nimi komfortowo, szczególnie w makijażach dziennych.
ALE… moim zdaniem, po wykonaniu kilkunastu makijaży, formuły nie są nowoczesne. Maty są dziwne, niby miękkie, ale suche, pigment buduje się stopniowo (za co plus), ale trzeba się trochę napracować. Niestety, kolory są do siebie na tyle zbliżone, że dodając kilka odcieni – bywa, że łączą się w jedno, zamiast wzajemnie przenikać.
Błyski? Tu niestety jest mój największy zawód. Liczyłam na piękną taflę, ewentualnie urozmaiconą maleńkimi iskierkami, a co dostałam? Efekt „starych” perłowych cieni. Brakuje im tej nowszej, żelowej, mokrej formuły, jaką oferują dziś nawet znacznie tańsze marki. Brak tu efektu „mokrego oka” czy błysku widocznego z drugiego końca pokoju. Wyglądają nawet ładnie, ale niczym się nie wyróżniają.


Niby premium, ale czy warto?
Paleta Lancôme Café Crush kosztuje ok. 250–450 zł w zależności od miejsca zakupu (ja kupiłam swoją na Flaconi.pl). I choć marka Lancôme to podobno „luksus”, to… za tę cenę oczekuję jednak czegoś więcej.
W tej półce cenowej konkurencja oferuje bardziej nowoczesne formuły (jak chociażby paleta Dior), ciekawsze wykończenia i bardziej dopracowane kompozycje kolorystyczne. Tutaj mam wrażenie, że zapłaciłam bardziej za markę i ładne pudełko niż za innowacyjny produkt. Już nawet wśród marek drogeryjnych jesteśmy w stanie znaleźć coś ciekawszego.

Lancôme Café Crush: poprawna, ale nie zachwycająca
Nie mogę natomiast odmówić tym cieniom trwałości i wygody pracy. Cienie trzymają się dobrze – nie zbierają się w załamaniu, nie bledną zbyt szybko. Po 7–8 godzinach nadal wyglądają przyzwoicie, choć blaski nie robią efektu WOW.
Efekt? Ładny, subtelny, poprawny. To zdecydowanie paleta dla osób, które potrzebują czegoś do szybkiego makijażu, bez większego myślenia lub bez czasu na dopracowany makijaż. Mimo wszystko w tej cenie oczekiwałabym czegoś bardziej spektakularnego, szczególnie po zapowiedziach marki.
ZOBACZ: Yves Saint Laurent All Hours: czy jest wart 285 zł?

Czy warto kupić Lancôme Café Crush?
Szczerze? Jeśli jesteście fankami marki Lancôme, szukacie w paletach klasycznych, codziennych kolorów, nie zależy Wam na błyskach, które widać z daleka – możecie się z nią polubić. To poprawny produkt, sprawdza się w codziennym użytkowaniu. Natomiast jeżeli szukacie palety, która zachwyca pigmentem, błyski zostawiają efekt tafli, a maty są miękkie jak masełko – ta paleta nie spełni Waszych oczekiwań. Jak napisałam wyżej, jest po prostu POPRAWNA.
Plusy:
- ładne, eleganckie opakowanie
- łatwe blendowanie
- przyjemna trwałość matów
- mały osyp podczas makijażu
Minusy:
- przestarzałe błyski
- słaba pigmentacja shimmerów
- wysoka cena w stosunku do jakości
- efekt „meh”, nie „wow”
Gdybym miała ocenić ją w skali 1-10, to daję jej 6,5/10 – ładna, ale przereklamowana. Nie ma tutaj czynnika, który przekonałby mnie do ponownego zakupu tej palety.

Dajcie znać, czy miałyście okazję testować Café Crush i co sądzicie. A może macie inne palety z wyższej półki, które faktycznie robią efekt wow? Podzielcie się swoimi hitami!








