Za każdym razem kiedy siadam do napisania niedzielnika pluję sobie w brodę, że robię to tak rzadko. Przecież tak bardzo lubię tę serię i wiem, że Wy też! Niestety, cierpię na permanenty brak czasu do pisania bloga i kończy się tym, że wskakują tutaj max 4 niedzielniki rocznie, co jest jakimś absurdem! Jak zawsze postaram się poprawić 😛

Co u mnie?
Niby wróciłam z urlopu, niby jest stabilnie, ale… ciągle coś się dzieje i powiem Wam, że czasami mam ochotę wyłączyć telefon, internet i zatracić się po prostu w byciu tu i teraz. Bez żadnych rozpraszaczy, których nieustannie sobie dostarczam, po prostu wyłączyć wszystkie bodźce.
No dobra, ale co u mnie? Cóż… Dużo pracy, dużo projektów i znowu – mnóstwo myśli w głowie. Co dalej? W którą stronę iść? Czy może zacząć od nowa? A może po prostu rzucić to wszystko w cholerę i przebimbać następne 2 lata? W pierwszym kwartale 2026 roku bardzo dużo pracowałam, w pierwszej połowie czerwca byłam na Kos (o czym za chwilę), a chwilę po powrocie trafiłam niespodziewanie do szpitala. Tak, że no… Nie ma nudy, cały czas coś, co tu dużo mówić!
Parę dni po powrocie z Grecji dopadł mnie znów ból brzucha, który był dosłownie identyczny, jak ten z zeszłego roku. Było tak źle, że pojechałam na SOR i na kilka dni kazali mi zostać w szpitalu. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, ale niestety to pokłosie zeszłorocznego zabiegu i chyba, mojego małego zaniedbania. Z plusów – mega się wyspałam! Muszę teraz mocno zadbać o dietę i pilnować tego co jem, żeby to wszystko się znów nie powtórzyło. To trochę lekcja pokory dla mnie, że to, że czuję się lepiej wcale nie oznacza, że nie muszę już uważać.
Przejdźmy jednak do tych pozytywnych rzeczy!


Wakacje na Kos
No dobrze, to skoro już sobie trochę pomarudziłam, czas opowiedzieć Wam, jak było na Kos! Kolejny rok z rzędu wybrałam się do Grecji i ponownie zdecydowałam się na skorzystanie z biura ITAKA. W zeszłym roku zakochałam się w komforcie, które daje organizacja wyjazdów przez biuro podróży. ZERO załatwiania lotów, transportu, noclegu… Wszystko załatwia za mnie biuro podróży, więc ja – nie muszę myśleć. ZŁOTO! Czego zapracowany millenials może chcieć więcej? Tylko opcji all inclusive, drineczka w dłoni, całodobowego dostępu do basenu i słoneczka.





Tak zreszta było! Wybraliśmy się na jedną wycieczkę i wynajęliśmy auto na jeden dzień, co po raz kolejny okazało się strzałem w dziesiątkę. Stworzyliśmy sobie listę miejsc do obejrzenia i cały dzień spędziliśmy na wyspie. Kąpaliśmy się na pięknych plażach, zwiedziliśmy miasteczko Kos (absolutnie urocze!), oglądaliśmy widoki na Kefalos, zjedliśmy klasyczny grecki gyros, byliśmy na gorących źródłach… Kos jest piękną wyspą i choć moje serce jednak szybciej bije do Zakhyntos, to będę ją wspominać bardzo dobrze,,
To były bardzo przyjemne, leniwe wakacje. Znów korzystałam z uroków basenu i morza. Jestem sobie ogromnie wdzięczna, że podczas takich wyjazdów wyłączam głowę i nie myślę o tym, jak wygląda moje ciało. Po prostu korzystam! Swoją drogą trafiliśmy do hotelu mieliśmy swoje własne wyjście na basen! To było naprawdę fajne. Choć sam hotel niestety pozostawiał wiele do życzenia… Natomiast było bardzo kameralnie! Bywały momenty, że mieliśmy cały basen tylko dla siebie i nie było nigdy bitwy o leżaki. Aczkolwiek… Myślę, że do tego hotelu już raczej nie wrócimy.

Podczas pobytu na Kos zdecydowaliśmy się również na wycieczkę do Turcji, dokładnie do Bodrum. Samo miejsce było naprawdę ładne, załapaliśmy się na krótką objazdówkę po okolicy. Niestety samo Bodrum nie wywołało u mnie żadnych zachwytów. Bardzo drogie, zatłoczone i… mało przyjemne. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się tam kupić jakieś pamiątki, przejść spokojnie po targu, ale nie było takiej opcji. Heloł maj frend, za darmo, new bag, shoes, everything? Zaczepki dosłownie co dwa kroki od tureckich sprzedawców to było dla mnie za dużo, kompletnie nie moje klimaty. Bardzo długo staliśmy na przeprawie i tego dnia zmarnowaliśmy trochę czasu, ale mimo wszystko niczego nie żałuję. Zjedliśmy tureckiego kebaba i pospacerowaliśmy przy porcie.


To już rok mojego kolorowania
Właśnie zdałam sobie sprawę, że parę dni temu minął równo rok od kiedy zaczęłam kolorować. Tak, ta obsesja wciąż trwa i co więcej – jestem w niej absolutnie zakochana! Każdy (no prawie każdy) dzień kończę chociaż chwilą kolorowania. Koloruję z rana, po pracy i w weekendy. Właściwie kiedy tylko mam chwilę. Uwielbiam to! Totalnie mnie to wycisza, odpręża i wyłącza głowę. To taki totalnie me time i niesamowicie się cieszę, że znów to odkryłam.
A jeżeli macie ochotę śledzić moje poczynania, to wskakujcie na kolorowankowy profil: @cozy.colored


No dobra, a co tam u Was słychać? Dajcie znać w komentarzach!
Post zawiera link sponsorowany do biura podróży ITAKA.








