Czy powinnam zamknąć bloga?

blogosfera

Wyobraź sobie, że masz możliwość zrealizować swoje największe marzenie. Nie wiesz na 100%, czy Ci się uda, jest mnóstwo trudności i niesamowita konkurencja, ale poświęcasz temu bardzo dużą część siebie, aby dojść do celu. Wkładasz w to swój czas, swoją pracę, pieniądze, z nadzieją, że pewnego dnia los się do Ciebie uśmiechnie i Twoje marzenie się spełni. Wyobraź sobie, że w pewnym momencie pojawia się ktoś, kto brutalnie wyrywa Ci z rąk całą Twoją pracę, akurat kiedy Ty sięgałaś po pierwszą kartkę swojej nowej historii. I co? Zadowolona?


➥ Dlaczego barter jest (i nie jest) spoko?
➥ 5 kroków do lepszych zdjęć na bloga
Niektóre z Was pewnie uznają, że dramatyzuję, wyolbrzymiam lub po prostu się czepiam, ale z tego właśnie słynę, a nadszedł ten moment, kiedy nie chcę już pozostawać bierna. Napiszę co myślę, ponieważ wiem, że wiele moich czytelniczek ceni mnie również za szczerość. Może niektóre z Was przestaną mnie czytać, usuną z fejsa, przestaną obserwować – trudno, jakoś to przeżyje, a na moim miejscu na pewno pojawi się inna blogerka, którą pokochacie.

Jak łyse konie 

W blogosferze siedzę już naprawdę długo: pierwszego bloga założyłam w 2003 roku. 13 lat, to całkiem sporo jak na dwudziestosześciolatkę; właściwie połowa mojego życia. Pod moimi palcami przewinęło się multum blogów. Niektóre anonimowe, niektóre bardziej prywatne, a jeszcze inne całkowicie odmienne od całej reszty. Ten blog powinien więc rosnąć w siłę, powinnam gromadzić setki tysięcy fanów. Ale widocznie wciąż robię coś nie tak, wciąż się uczę i popełniam błędy. Albo nie mam pleców*.

W pustostanie frustracji 

Kiedy wkładasz mnóstwo pracy, czasu i pieniędzy w tworzenie czegoś, to bardzo chciałabyś aby odnosiło to jakiś skutek. W przypadku blogów liczysz, że docenią Cię przede wszystkim Twoi czytelnicy. Będą pisać komentarze, wiadomości, czy po prostu wspierać Twoje działania. Chciałabyś, aby pisały do Ciebie firmy, proponowały współprace, dawały #darylosu. Blogosfera jednak wygląda zupełnie inaczej. Kiedyś myślałam, że wystarczy bardzo się starać, pisać dobre teksty, pracować nad zdjęciami, starać się zadowolić czytelnika, aby blog wzbudzał zainteresowanie czytelników lub firm potencjalnie zainteresowanych komercyjną współpracą, nie tylko tych dających rzeczy „za darmo”. Okazało się to w pewnej części kłamstwem. Możesz się starać, poświęcać i robić naprawdę bardzo dużo, a nic z tego nie będzie. Dlaczego?

*Bo nie masz pleców 

Jeżeli nie masz znajomości, to możesz pożegnać się z tym, że będą traktować Cię poważnie. Nie będziesz mieć fajnych współprac, ani zaproszeń na eventy, nie będziesz dostawać dedykowanych prezentów i propozycji płatnej współpracy. Nie będą Cię udostępniać, linkować polecać – chyba, że im zapłacisz, albo zaoferujesz coś w zamian. Nie wmówicie mi, że to działa inaczej, bo na jakiej podstawie osoba, która ma 10 000 lików na FB, ma udostępniać kogoś kto ma 500 jeżeli go nie zna? Nie mówimy teraz o wyjątkach, ale o większości. Początki są trudne, szczególnie jeżeli nie znasz kogoś, kto już w tym siedzi. Bo skąd panna, która założyła bloga miesiąc temu ma 50 obserwacji na blogu, a 5,000 lików na FB i 3500 na Instagramie? Albo kupiła, albo udostępniła ją koleżanka, która ma znacznie większe zasięgi.

Wygląd się (nie) liczy 

Znasz ten stereotyp wmawiany wszystkim kobietom przez całe życie, że wygląd się nie liczy? Bardzo długo byłam przekonana, że w blogosferze jest całkowicie odwrotnie. Im ładniejszą i bardziej dopracowaną masz stronę, tym lepiej dla Ciebie oraz Twoich czytelników. Im Ty masz ładniejszą buzię, robisz piękniejsze zdjęcia, a Twoje selfie biją na głowię, tym zdobędziesz większą popularność. Oczywiście jest w tym jakaś prawidłowość, ale po raz kolejny okazuje się, że nie do końca. Niedopracowane, brzydkie blogi, gdzie zdjęcia są robione tosterem, mają często najlepsze współprace z wysoko półkowymi markami (nie mówię tylko o tych kosmetycznych), bo kupiły sobie 10,000 lików na FB, albo mają koleżanki w branży. Dostają oferty płatnych współprac, są zapraszane na prestiżowe spotkania, chociaż ich blogi pozostawiają wiele do życzenia (nie mówię teraz o urodzie autorek, bo w tym wypadku jest to sprawa drugorzędna).

Jakość na drugim planie 

Od jakiegoś czasu zaczęła też przerażać mnie jakość niektórych blogów, która jest niewspółmierna do ich wielkości. Nie rozumiem, jak blogerka, która współpracuje ze światowymi markami, może doprowadzać do tego, że post będzie zawierał 3 średniej jakości zdjęcia i 3 zdania opisujące produkt? Na to lecą firmy? Tego oczekują agencje? Kiepskie jakości tekstów, brzydkich zdjęć i byle jakich blogów? To może wszystkie wrzucajmy poruszone, ciemne zdjęcia okraszone odrobiną tekstu i czekajmy na fejm? Przeraża mnie, że osoby, które są dla młodego pokolenia – które nie ukrywajmy, głównie siedzi w sieci – jakimś wzorem, reprezentują sobą tak niską jakość. 

Kupieni ludzie 

A właściwie fejkowe konta. Naprawdę? Zadam to pytanie ponownie: Naprawdę?! Można upaść tak nisko, żeby kupować sobie lajki albo obserwacje na Instagramie? Po co? Przecież to są puste konta, które tylko zmieniają cyferki. Wydaje mi się, że niektóre blogerki nie widzą, że jak jednego dnia mają 1000 lików, a drugiego 5000, to ktoś im uwierzy, że to prawdziwi ludzie. Najlepsze jest to, że FB mówi 5000, a zaangażowanie pod postami mówi zupełnie co innego. Dla mnie jest to po prostu żałosne.

blogosfera

Nie, nie piszę tego dlatego, że komuś zazdroszczę, albo boli mnie dupa. Chociaż nie! Boli mnie dupa i niektórym zazdroszczę. Nie tego, że ich fanpage są większe od mojego, mają lepsze współprace, albo zarabiają na blogu więcej, niż ja. Boli mnie i zazdroszczę im tego, że mają to gdzieś, nie starają się, nie wkładają w to prawie żadnego wysiłku, a mają na wyciągnięcie to, na co ja muszę pracować miesiącami. Ale co z tego? Kogo to obchodzi? Ja wiem, ile pracy wkładam w prowadzenie bloga, wiem ile w niego zainwestowałam, jakie mam plany i co chciałabym osiągnąć. Nie kupiłam sobie lajków, nie zapłaciłam za obserwatorów na Instagramie. Ogromną satysfakcje daje kiedy, to firma napisze do mnie, kiedy agencja postawi właśnie na mojego bloga. Ogromną radość daje każda cyferka w górę, bo nikt nie wmówi mi, że statystyki i liczby się nie liczą. Wiem, że jesteście ze mną bo tego chcecie, bo Wam się podoba i nie niczym Was sobie nie kupiłam. Mogę się starać ile wlezie, ale co z tego, skoro nie mam kilkunastu tysięcy na Fejsie, a na Insta pożal się boże 2000 obserwatorów. Dla firm, czy wielkich koncernów kosmetycznych nie mam nic do zaoferowania.

Szkoda tylko, że to ja wiele godzin poświęcam na pisanie tekstów, robienie i obrabianie zdjęć, testowanie produktów, planowanie postów, robienie zakupów związanych z blogiem, czy postami. To ja spędzam wiele godzin przed komputerem i zastanawiam się nad każdym napisanym słowem. Nie mam pleców, koleżanek, czy kolegów, którzy załatwią mi współpracę z najpowszechniejszymi markami w Polsce. Nie chodzę na eventy, bo nie mieszkam w Warszawie i nikt mnie nie polecił. Wszystkie współprace jakie mam i miałam na blogu wypracowałam sama, nie musiałam udawać, podlizywać się, czy kombinować. Byłam szczera i jeżeli chciałam uzyskać jakiś kontakt, po prostu zadawałam pytanie. Nigdy nie ukrywałam, że udaje mi się zarabiać na blogu. Nie są to kolosalne kwoty, ale każdą współpracę traktuję poważnie i na najwyższym poziomie, szkoda tylko, że niektórzy mają gorsze podejście od mojego, a trzepią znacznie większy hajs.

Frustruje mnie to, że blogosfera, szczególnie ta kosmetyczna, zaczęła być zamkniętym kręgiem wzajemnej adoracji, do którego bardzo trudno się załapać. 

Wiem, jak działa wybieranie blogerów do kampanii, czym się firmy kierują przy doborze blogów do współpracy. Moja głowa nie może pojąć, dlaczego blogi, które wyglądają tragicznie, mają kupionych ludzi stoją przed blogerkami, które wkładają w tworzenie swojej strony pracę, czas i pieniądze (w sprzęt, produkty, oświetlenie – nie w kupowanie ludzi). Nie żebym nie znała świetnych blogów, które w bardzo szybkim czasie mocno się wybiły – szanuję je, czytam, podziwiam i życzę powodzenia.


Kocham blogować, kocham to co robię bo przynosi mi to ogromną radość, niesamowitą satysfakcję i gdyby nie blog, byłabym w zupełnie innym miejscu, niż aktualnie jestem. Jak wspomniałam, chciałam z siebie to wyrzucić bo już od jakiegoś czasu zbierałam się do napisania tego tekstu. Nikogo nie chcę tutaj atakować, do nikogo nie uderzam personalnie, po prostu zaobserwowałam kilka rzeczy i myślę, że warto o tym pomyśleć.
Nie planuję kupić sobie fanów na FB czy obserwacji na Instagramie. Nie mam zamiaru o nic się prosić, podlizywać innym blogerkom, wkupować w łaski, żeby dostać kontakt do jakiejś firmy. Jeżeli chcę coś zdobyć, nawiązać jakąś współpracę to pytam, szukam i sama składam ofertę. Raz powiedzą tak, raz powiedzą nie, ale mam tę satysfakcję, że na wszystkie liczby jakie posiadam, pracowałam SAMA, bez niczyjej pomocy i bez wydania złotówki.

Nie zrozumcie mnie źle, blogowanie jest naprawdę fajne i nawet pisałam na ten temat tekst: Dlaczego fajnie być blogerem   [KLIK], ale do wszystkiego trzeba podejść z rozumem, również do blogowania. A jeżeli chcecie wiedzieć, co robi bloger jak nie bloguje koniecznie przeczytajcie ten tekst: [KLIK], bo wbrew pozorom – nie samym blogiem… bloger żyje! 


Nie mam kupionych like’ów ani obserwacji, nie mam znajomości, czy w związku z tym powinnam zamknąć bloga?


PS. Jeżeli tekst Wam się podoba, to udostępniajcie! Niech temat dotrze do największej liczby ludzi!

- aGwer