# Haul zakupowy ze stycznia

          Styczeń jak co roku jest miesiącem promocji i rabatów, stąd wszem i wobec panuje szaleństwo zakupowe. W tym roku doszłam do wniosku, że nie ma co szaleć bo promocja, bo rabat! Nie kupowałam produktów, które nie były mi potrzebne tylko dlatego, że były przecenione. Wolałam skupić się na tym co jest mi potrzebne lub czego mi akurat brakowało. W związku z tym mój styczniowy haul nie jest duży, ale za to konkretny! Jeżeli jesteście ciekawi co w styczniu wpadło w moje ręce, zapraszam na dzisiejszy post!

           Oczywiście jak to ja, skupiłam się głównie na kolorówce (chociaż ostatnio mam niedosyt pielęgnacji – muszę coś z tym zrobić!). Przygarnęłam kilka kultowych produktów, które od dawna chciałam poznać, kilka nowości i nie tylko. Jak się okazuje, z czego nie zdawałam sobie sprawy, skupiłam się głównie na produktach do ust. Nie tylko dlatego, że miałam na to ochotę, ale robiłam przegląd pomadek, konturówek i okazało się, że mam kilka braków i koniecznie muszę to nadrobić. Właśnie zdałam sobie sprawę, że pomadki z Bourjois są już z lutego… No cóż, skleroza nie boli. W związku z tym zacznę właśnie od nich.

Bourjois Rouge Edition Velvet – podczas promocji w SuperPharm, która była na początku lutego skusiłam się na dwie pomadki z tej serii. Chciałam uzupełnić zapas pomadek w odcieniach nude, ponieważ takich mam najmniej (ach, ta miłość do koloru na ustach!). Moją kolekcje uzupełnił kolor nr 10 Don’t pink of it! oraz nr 11 So Hap’pink i nie, nie kupowałam ich razem z Ala Ma Kota!
Pomadki MAC – do mojej kolekcji MACzków doszły dwa cudowne kolory, a wszystko za sprawą promocji -30% w Douglasie, o której dowiedziałam się na tyle szybko, że dorwałam to co chciałam. Pierwszy z nich to M.A.C. RED, czyli piękna, soczysta, klasyczna czerwień w wykończeniu satin. Mocna pigmentacja i nieziemska trwałość! Klasyk, który każda z nas powinna posiadać. Drugi, już nieco mniej klasyczny kolor o Full Fuchsia, piękna, mocna i intensywna fuksja w moim ulubionym wykończeniu amplified.
Konturówki Golden Rose – moja ukochana seria Classic. Skusiłam się na 4 odcienie, których brakował mi w mojej kolekcji. Krwista, klasyczna czerwień (która notabene świetnie zgrywa się z M.A.C. RED), ostry róż (idealny do Candy Yum Yum) oraz dwa odcienie nude, bardziej i mniej wpadające w róż. Najlepsze jest to, że te boskie kredki kosztują jedynie 4,90zł! Moje nowe odcienie przyjechały ze mną z Gdyni i od razu poszły w ruch!
Revolon Colorstay – to jeden z tych kultowych produktów, o których wspominałam. Nigdy go nie używałam i nie mam pojęcia DLACZEGO. Póki co jest to naprawdę najlepszy podkład jaki używałam. Mam go w odcieniu Buff i jest idealny do mojej tonacji, pięknie kryje, trzyma się nawet bez pudru ponad 10h i ma piękne wykończenie. Same plusy!!
essence – pigment, który dorwałam na strefie promocji w Naturze, za.. uwaga! 1,99zł! Akurat szukałam czerwonego, matowego pigmentu i dorwałam numerek 13. Warto zaglądać na przeceny do Natury, często można dorwać coś fajnego naprawdę za grosze.
Peggy Sage – tusz do rzęs, który dostałam do testów od ekipy Powerlook.pl i jeszcze nie doczekał się swojej premiery. Mam za dużo ruszy pootwieranych i obawiam się, żeby się nie wysuszyły za szybko. Musi poczekać na swoją kolej, ale wydaje mi się, że będzie niezła!
Essie – power cluth trafił do mnie dzięki mojej mamie, której nie przypadł go gustu. Ja natomiast jestem nim zachwycona. Zaraz pod punk rock z Rimmela jest to mój ukochany odcień szarości. Jak mi tylko paznokcie wyzdrowieją będę go nosić codziennie!
Color Alike – skusiłam się na holograficzny lakier o numerku 545, piękny! Chociaż niestety kryje dopiero po trzeciej warstwie, to wygląda bosko. Widziałam go na jakimś blogu i przy zamówieniu Barbara Pro skusiłam się na ten odcień i nie żałuję!
Barbara Pro – serum myrrh, czyli serum do paznokci z olejkiem z Mirry. Wyczaiłam na blogu Idalii, o ile mnie pamięć nie myli. Szukam sposobów na odratowanie ich po hybrydach i pokładam w tym olejku spore nadzieje.
Pędzel Sigma – dzięki Dagmarze z bloga tobeastonefox.blogspot.com w końcu trafił do mnie pędzel Sigmy E15, na który czaiłam się już dobre pół roku. Po kilku użyciach jestem z niego bardzo zadowolona, ale z pełną opinią jeszcze się wstrzymam, zobaczymy jak będzie się sprawował po kilku myciach.

Bielenda – jak wiecie walczę ze zniszczonymi paznokciami i kilka z moich czytelniczek doradziło mi Magic nails CC z Bielendy, bez formaldehydu, a że akurat były przecenione w Rossmannie skusiłam się na buteleczkę Repair eXtreme. Póki co ciężko mi ocenić jej działanie, ponieważ zniszczony paznokieć jeszcze nie odrósł.
Clarena – krem do rąk, który wymarzyłam sobie z asortymentu sklepu powerlook.pl trafił do mnie w styczniu i również liczę, że pomoże mi przy regeneracji. Dołączone do niego rękawiczki na pewno przydadzą się do nakładania kremu na noc. Miałam miniaturkę tego kremu z Shiny Box i byłam zachwycona, mam nadzieję, że z dużej wersji również będę zadowolona.
Regenerum – nie nudzi Was już temat paznokci? Ponieważ regenerum to kolejny produkt do paznokci. Używam go właściwie prawie od roku, z większymi lub mniejszymi przerwami i zawsze jestem zadowolona, bo za każdym razem stan moich paznokci się poprawia. Liczę na to i tym razem!
Ziaja – oczyszczająca pasta z serii liście manuka. To moje drugie opakowanie i jestem pewna, że nie ostatnie. Jest genialna, świetnie się sprawdza do mojej cery i właściwie niebawem możecie spodziewać się dokładnej recenzji, bo jest to must have pielęgnacji twarzy!
Clinique – to właśnie ten drugi kultowy kosmetyk, o którym wspomniałam na początku. Krem all about eyes rich, na który zachorowałam przez Maxineczkę. Jednakże po pierwszych zachwytach, teraz mam mieszane uczucia. W związku z tym na recenzję będziecie musieli jeszcze chwilę poczekać.

          Chociaż na dworze coraz więcej śniegu i pogoda nie zachęca do długich spacerów, u mnie w domu zagościła odrobina wiosny. Tulipany nie są moimi ulubionymi kwiatami, ale tak strasznie miałam na nie ochotę, że musiały się też znaleźć na zdjęciach. Obstawiam, że będą moimi ulubieńcami lutego, jeżeli dotrwają do kolejnych zdjęć!
          Właśnie tak prezentują się moje styczniowe zakupy. Bez szaleństw, ale i też znalazło się kilka perełek. Nie szalałam na promocjach, bo stwierdziłam, że nie ma sensu robić zakupów na siłę. Jest kilka produktów, na które odkładam więc staram się nie wydawać na coś, co niekoniecznie jest mi niezbędne. Jak Wam się podobają moje zakupy? Dajcie znać czy znacie coś z tej gromadki, albo o czym macie ochotę poczytać w pierwszej kolejności?
          
- aGwer