Kallos Keratin kontra Al Latte. Kto wygra?

          Od jakiegoś czasu obiecywałam Wam posta o maskach Kallosa, które posiadam i używam. Postanowiłam zrobić taki post porównawczy i wybrać mojego faworyta. Pamiętajcie jednak, że każde włosy są inne i to co lubią moje wcale nie znaczy, że Wasze polubią i odwrotnie.
          Ku rozpoczęciu wspomnę, że w blogosferze krąży mnóstwo pozytywnych opinii o Kallasowej masce Al Latte z proteinami mleka. Dziewczyny zachwycają się jej właściwościami, zapachem i w ogóle wszystkim. O masce Keratin jest wiele mniej informacji, nie mówię że nie ma, ale nie jest to tak głośna maska jak jej poprzedniczka. Właściwie nie wiem czemu, ale mniejsza z tym.
          Obie maski zakupiłam na allegro (po niecałe 14zł za sztukę z wysyłką już) przy okazji zakupów kosmetycznych mojej przyjaciółki przed wyjazdem do Danii. Obie żeśmy się szarpnęły na te maski o litrowej pojemności pełne nadziei, że uzdrowią nasze włosy! Albo przynajmniej znacznie poprawią ich kondycję, a za tak niską cenę obie maski warte były tego ryzyka. Z tego co się orientuję maski tej firmy można odnaleźć w drogerii Hebe no i w wielu sklepach internetowych, ceną różnią się bardzo niewiele.
          Obie maski mają dość wysokie noty na wizażu, choć ku mojemu zaskoczeniu Al Latte ma mniejszą średnią niż maska keratynowa. Właściwie może nie „ku zaskoczeniu”, ale jednak sądziłam że osławiona maska o zapachu waniliowego budyniu będzie jednak pierwsza. Zacznę od opakowań tych masek, które poza kolorem i etykietką kompletnie niczym się nie różnią. Zakrętki też mają takie same, ja tylko zamieniłam sobie na pompkę, która i tak nie działa… Są to plastikowe pojemniki, które mieszczą w sobie aż litr produktu. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć ile produktu nam zostało, ale jako że maskę i tak oglądamy przy nakładaniu jej na włosy nie jest to konieczne i w tym wypadku nie uznaję tego za minus. Przejdę teraz do każdej maski z osobna.
          Maska Kallos Al Latte z proteinami mleka, ma bardzo budyniopodobną konsystencję. Dzięki tym cudownym mlecznym proteinom ma nadawać się do każdego rodzaju włosów dodając im witamin i jak zapewnia producent idealnie nadaje się do zregenerowania włosów farbowanych, tlenionych i poddanych ciężkim zabiegom fryzjerskim. Jest dość gęsta, więc i przez tą konsystencję jej wydajność jest spora za co duży plus, bo kupując tą maskę kilka miesięcy mamy zapewnione zaopatrzenie, szczególnie że nie powinniśmy jej stosować za często żeby nie przeproteinować włosów. Ja ją oczywiście zawsze tuningowałam jakimiś olejami, wodą aloesową czy jakąś przyprawą. 
          Wszyscy zachwycają się jej zapachem, co mnie szczerze mówiąc dziwi bo owszem jest on całkiem przyjemny, lekko słodkawy, taki właśnie jak waniliowy budyń ale na dłuższą metę ten zapach jest męczący. Drażni mnie ta słodkość i ja nie będę tutaj odejmować nic za zapach, bo każdy lubi co innego. Mnie ten zapach nie bardzo odpowiada, szczególnie że bardzo długo utrzymuje się na włosach i po prostu mnie denerwuje, choć ludziom się podoba i pytają od czego tak ładnie pachną moje włosy. Więc jak chcecie aby Wasze włosy miały zapach budyniu waniliowego, ta maska jest właśnie dla Was!
          A co tak właściwie robi z włosami? Przede wszystkim sprawia, że włosy są miękkie, błyszczące i pachnące budyniem. Ponieważ moje włosy nie są jakoś znacznie zniszczone farbowaniem, rozjaśnianiem czy np. ondulacją, ciężko mi ocenić jej działania pod względem naprawy mocno zniszczonych włosów, więc nie zauważyłam znacznej poprawy kondycji włosa po jej stosowaniu, ale też nie zrobiła moim włosom krzywdy. Dzięki niej wyglądają na zdrowe, zadbane i dobrze odżywione. Nie plącze włosów i rozczesywanie po niej to czysta przyjemność. Nie robi na moich włosach rewelacji jakiej nie robią też inne maski. Uważam ją za przyjemnego przeciętniaka, ale raczej to opakowanie będzie moim ostatnim opakowaniem tego kosmetyku.

          W składzie mamy raczej przyjemne składniki, tak poczytałam i nie ma tutaj nic strasznego takiego co miałoby nam zniszczyć czy osłabić włosy. Chciałam Wam zrobić analizę składu, ale strona którą znalazłam jest po angielsku a google translator nie radzi sobie z 3/4 słów, a ja jako że już spakowałam słownik nie bardzo mam jak przetłumaczyć wszystko…
          Jednakże odnośnie maski keratynowej mam dużo więcej pozytywnych rzeczy do przekazania, ale zacznijmy od tych bardziej negatywnych. Otóż tutaj konsystencja jest inna niż w poprzedniej masce, jest rzadsza co niestety odczuwam w zawartości maski w opakowaniu. Nie leje się i nie ścieka z włosów (choć zdarzało się jak położyłam na nawet raz nie przetarte ręcznikiem włosy – mój błąd), ale jest różnica w porównaniu do Latte. 
          Jak poprzednio zapach średnio trafił w moje gusta, tak ta maska całkowicie wpadła w moje ulubione zapachowe rejony. Jest świeży, orzeźwiający z lekką nutką cytrusów i odrobinką słodkości, lekko wyczuwalnej. Dla mnie bomba, świetnie się sprawdza na włosach i chociaż niestety się nie utrzymuje na włosach, to w trakcie użytkowania jest bardzo przyjemnie. Jeżeli lubicie delikatne świeże zapachy to ta maska również Wam się spodoba pod tym względem, gwarantuję.
          Pozostaje mi tylko napisać i w sumie odpowiedzieć na pytanie co ta maska wyprawia z moimi włosami? Wyprawia naprawdę fajne rzeczy! Po jej użyciu moje włosy są bardzo błyszczące, niesamowicie miękkie, sypkie i dobrze się układają. Ich miękkość sprawia, że siedzę czasem i głaszczę się po włosach takie są aksamitne, gładkie i po prostu och i ach! Ponadto mam wrażenie, że po niej moje włosy są wyjątkowo odporne na wszystko. Nie plączą się (również mam na myśli jak są suche), nie muszę ich często czesać. Na moje oko maska działa lepiej niż Latte, ale niestety jest mniej wydajna i mimo tuningowania jej olejami i innymi bajerami podobnie jak poprzedniczkę to maska jest już bliżej końca. To jest maska, która zostanie ze mną na dłużej, uważam że o ile mi się uda to ta maska będzie ze mną cały czas jako dopełnienie włosowej pielęgnacji.
           Również zamieściłam Wam tutaj skład tej maski, podobnie jak w Latte znajdziemy tutaj protein mleka, ale wydaje mi się że ich zawartość jest mniejsza niż w poprzedniczce. Nie zmienia to faktu, że należy pamiętać  tym aby nie przeproteinować włosów! Za dużo to też nie jest dobrze!
          Z czystym sercem mogę polecić obie maski, ponieważ obie sprawiają że moje włosy wyglądają pięknie. Mimo wszystko odczuwam większą satysfakcję i przyjemność z używania maski Keratynowej [RECENZJA] niż Latte. Warto jednak spróbować obu, jeżeli nie chcecie od razu brać się za litr są mniejsze opakowania, których cena waha się od 6-8zł na allegro. Obie maski są godne polecenia i zachęcenia do przetestowania na własnych włosach. Ja jednak stawiam na maskę keratynową, moje włosy są nią zachwycone. Jeżeli wciąż nie możecie się zdecydować spróbujcie, Wasze włosy mogą pokochać którąś z nich!
- aGwer